bookmark_borderStek w czasach zarazy

Japonia to niezwykły kraj. Jego kultura jest znana, ceniona i bogata. Samurajowie, Godzilla, manga i anime, Hokusai, gejsze, origami i tak dalej…

Swoją drogą, Godzilla w oryginale brzmi Gōjira i to właśnie stąd wzięła swoją nazwę znana nam wszystkim… Jira.

Sztuka kulinarna stanowi potężny element kultury kraju kwitnącej wiśni. Jednym z charakterystycznych jej przejawów jest teppan-yaki. Jest to smażenie potraw na wielkiej stalowej, podgrzewanej od spodu płycie. Wygląda to mniej więcej tak:

Cóż jednak począć, gdy COVID-19 szaleje, restauracje zamknięto, a głód puka w ścianki żołądka od wewnątrz?

W Japonii, kraju nowoczesności, istnieje tylko jedno wyjście. Technologia!

bookmark_borderTypowy scrum

Poprzedni artykuł o scrum sprowokował liczne komentarze i dyskusje. Spora ich część okazała się błyskotliwa, a inne były intelektualnie pobudzające. Prywatnie, w rozmowach ze znajomymi, miałem okazję dowiedzieć się jeszcze więcej o tym, jak implementacja scrum wygląda w miejscach ich pracy. Pewna osoba, pragnąca pozostać anonimowa, zauroczyła mnie swoimi obserwacjami, którymi – po drobnej korekcie, a za zgodą autorki – dzielę się poniżej…


Za siedmioma serwerami, za siedmioma routerami, pod niebem bezcloudnym była sobie firma. A scrum wyglądał tam tak…

Jesteśmy na planowaniu sprintu. Jednocześnie jest to trochę refinement, bo na refinemencie nie zdążyliśmy wszystkiego omówić.

Wyceniamy zadanie.

Opis zadania to 8 (osiem) słów.

Zadanie jest front-endowe, ale nie ma designu.

Nie rozumiesz co w zasadzie trzeba zrobić, ale nie zapytasz, bo macie do wyceny 9 zadań w pół godziny. Raz zapytałeś i wszyscy cię nienawidzili, bo zjedli lunch godzinę później. Zresztą jesteś back-endowcem. I tak nie będziesz tego zadania robił.

Próbujesz trafić w środek, żeby cię nie zapytali dlaczego tak mało/dużo. Trójka i piątka, to jedyne bezpieczne typy. Zazwyczaj trójka. Bardziej optymistycznie. Sprawia wrażenie, że jesteś doświadczony i szybko robisz taski. A jak front-end to już na pewno trójka.

Marcin ma taką magiczna umiejętność, że potrafi zasnąć w 10 sekund i wybudzić się w 2, gdy nadchodzi głosowanie albo pada jego imię.  Połowa zespołu mu zazdrości.

Osób w zespole jest 20. Zwykle dwie, trzy osoby nie mają krzesła. Pomaga to zwalczyć senność spowodowaną brakiem tlenu w salce.

Nikt nie ma ochoty wykonać planowania poprawnie, bo brak powietrza i nadchodzący lunch stanowią silne bodźce popychające zespół do pośpiechu.

Product owner wymyśla cel sprintu ad hoc. Po minucie zastanowienia tworzy konkatenację tytułów trzech najważniejszych zadań.

Wychodzisz ze spotkania, jesz obiad, a potem dodajesz zadanie do sprintu, bo okazało się, że jakoś nam wszystkim umknęło.

Scrum master jest wściekły, bo wykres spalania znów nie wygląda jak w książkach.

Do końca dnia próbujesz się dowiedzieć o co chodzi w zadaniu, które zacząłeś. Nie udało ci się napisać ani linijki kodu, ale powoli już się do tego przyzwyczajasz. Wychodząc z pracy myślisz o jutrzejszym refinemencie.


Życzę wam i sobie, byśmy nigdy się w takiej sytuacji nie znaleźli…

bookmark_borderMetoda Copy’ego Paste’a

Swego czasu znajomy programista wystosował do przełożonego nietypową prośbę. Zażyczył sobie pedałów wytnij-kopiuj-wklej. Argumentował, że jego praca bardzo przyspieszy.

Pomysł sam w sobie niegłupi. Szczególnie, gdyby połaczyć go ze skrzynią biegów schowka i zmieniać nią obiekty. Był to oczywiście jego szyderczy żart, ale rzeczywistość już tak śmieszna nie jest, bo wczoraj zmarł Larry Tesler.

Kto?

Twórca metody kopiuj-wklej!

Urodził się w 1945 i studiował na uniwersytecie Stanforda. Podczas pracy w PARC w Xerox w latach 70 pracował nad systemem do obróbki dokumentów – Gypsy. Wtedy i tam właśnie narodziła się idea wytnij-kopiuj-wklej, którą potem zaniósł do Apple, w którym pracował przez kolejne lata.

Nie wiem, jak wy, ale ja od dziś Metodę Copy’ego Paste’a nazywał będę Metodą Teslera.

bookmark_borderStare spaghetti, czysta wódka i wujek Zdzisiek

Ktoś mnie ostatnio nazwał clean code evangelist. Pomyślałem – tytuł zobowiązuje. Trzeba napisać o czystym kodzie.

Co jednak napisać? Wszystko już było. Nic nowego pod słońcem. Krótkie metody, znaczące nazwy i ogólnie takie, takie. Co mógłbym ja, prosty programista, napisać o czystym kodzie pod koniec drugiej dekady XXI wieku? Dekady jaśniejącej tysiącem frameworków JavaScriptowych, dziesięciolecia mikroserwisów, chmury i dev-ops!

Metafory. Metafory zawsze służyły ludzkości. Horacy, Nostradamus, Popek. Wszyscy oni używali mglistego języka przenośni, by oddać esencję. Spróbujmy.

Spaghetti jest dobre, spaghetti smaczne jest, świeże spaghetti jest jak listek bazylii na pizzy, jak zapach wydechu Fiata w wąskiej uliczce Turynu, jak szynka parmezańska obsypana rukolą. Wszyscy lubimy gotować spaghetti. 8 minut i gotowe. Cottura 8 minuti i włala.

Kod spaghetti jest taki sam. Świeżo przygotowany pachnie soczystymi kaskadami ledwie widocznych zależności. Ma smak długich jak przedrelease’owe wieczory metod z posmakiem enigmatycznych nazw zmiennych, nazw dojrzewających w pełnym słońcu wschodzącego deadline’u.

Niestety, spaghetti nieskonsumowane przekształca się w to samo mniej więcej, co skonsumowane.

Spaghetti dojrzałe powoduje zaparcia, bóle głowy, a nawet rozwolnienia. Kod spaghetti tak samo – przydatny jest do spożycia w krótkim jedynie terminie.

Zastanawiając się, jaki pseudonim musiałbym sobie wybrać by zostać polskim Uncle Bob’em doszedłem do wniosku, że mógłbym być wujkiem Zdziśkiem. Na potrzeby tego i kolejnych akapitów – zostanę nim.

Posłuchajcie wujka. Wujek życie zna. Wujek pracował nad jednym projektem do emerytury w zakładzie pracy państwowym, nad projektem rządowym i wujek wie co to znaczy nieświeże spaghetti.

Rada wujka: kod ma być jak wódka.

Tak. Jak wódka ma być!

Wódka, jaka jest, każdy widzi. Jak koledzy z zespołu kod wódkę zobaczą, to przysiądą się, zaczną delektować się kodem wódką, zadowoleni będą, radośni. Kod wódka doskonale się integruje. Kod wódka nie ma zależności – można z ogórkiem, można z colą, wszystko co interfejs zakąska implementuje być może. Kod wódka powoduje najmniejszego kaca, o ile potrafimy go okiełznać.

Reasumując: kod ma być, jak wódka, czysty.

Tako rzecze wuj Zdzich.