bookmark_borderDlaczego programiści dużo zarabiają?

Zarobki programistów w Polsce obrosły legendą. Gazety rozpisują się o nich regularnie. Bywa, że w tonie chwalebnym, bywa, że w tonie nagannym. Jedni ich bronią, twierdząc, że programiści to pożyteczni specjaliści. Inni atakują – wyczekują pęknięcia „bańki” i zrównania zarobków z innymi zawodami. Wiele osób zadaje sobie jednak pytanie – dlaczego programiści zarabiają tak dużo?

Sytuacja w Polsce

Zacząć by należało od tego, że sytuacja w Polsce jest dość specyficzna. Większość osób zajmujących się w naszym kraju oprogramowaniem pracuje dla zagranicznych klientów. Napływ kapitału (głównie z Europy zachodniej) wzmożył popyt na programistów i w naturalny sposób podniósł cenę ich pracy. Kwestią otwartą jest, jak długo sytuacja ta potrwa, ale na pewno jest korzystna dla Polskiej gospodarki w tym sensie, że eksportujemy nasz talent techniczny otrzymując w zamian, mówiąc językiem PRLu, dewizy – czyli zagraniczne waluty, a także przy okazji importujemy zachodnie praktyki zarządzania projektami, doświadczenie organizacyjne i nawiązujemy kontakty biznesowe z bogatszymi krajami wspólnoty europejskiej.

Często mówi się, że w przeciwieństwie do innych zawodów, programiści w Polsce, pracując dla zagranicznych klientów zarabiają „po zachodniemu”. Prawdę powiedziawszy jest nawet lepiej. Pensje programistów w Portugalii, czy Włoszech są wręcz niższe, niż w Warszawie, czy innych dużych miastach Polski. Z drugiej strony średnie wynagrodzenia są nadal niższe niż w Berlinie, Paryżu, czy – szczególnie – Zurychu lub Nowym Jorku.

Sukces Polski (oraz szerzej – Europy wschodniej) wynika z wysokiego poziomu edukacji, bliskości kulturowej z krajami zachodu, niewielkiej odległości geograficznej, niezłej znajomości angielskiego oraz oczywiście niższych wynagrodzeń. Na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że kluczowe projekty odbywają się w centrach korporacji, te mniej istotne w krajach takich jak Polska, czy Rumunia, a te najbardziej kosztowo zoptymalizowane w Indiach. Ulotki dla inwestorów prezentują Europę środkową jako kompromis między jakością i ceną.

Z drugiej strony istnieje w Polsce pokaźna grupa programistów, którzy pracują za kwoty co prawda wyższe od średniej krajowej, ale również dalekie od słynnych 20 000 PLN. Grupa ta nadal jest słabiej wynagradzana od kolegów z krajów zachodu. Lepiej rzecz jasna od wielu zawodów w Polsce, jednak ciężko ją uznać za realnie zamożną.

 Sytuacja w Europie

Programiści w Europie zarabiają bez wątpienia nieźle, jednak w stosunku do innych grup zawodowych ośmielę się stwierdzić, że nie odbiegają od średniej tak jak specjaliści w Polsce. W pewnej mierze wynika to z konkurencji środkowo-europejskiej. W pewnych krajach niemile widziane jest duże rozwarstwienie dochodów. W innych po prostu miejsc pracy dla programistów nie ma aż tak wielu, bo bardziej opłacalnym i „wygodnym” jest bycie zarządcą – a sporo krajów Europy zachodniej stoi wyżej w światowym podziale pracy.

Kraje, które w stosunku do kosztów życia płacą programistom najlepiej to Szwajcaria, Wielka Brytania, Niemcy i Francja. Kraje, w których być programista się nie opłaca to na przykład Włochy, czy Portugalia.

Sytuacja na świecie

Na dwa kraje warto zwrócić szczególnie baczną uwagę: USA i Chiny.

Na USA z uwagi na tzw. military-industrial complex, czyli nieformalny sojusz pomiędzy przemysłem zbrojeniowym, a armią. Na Chiny z podobnego powodu, ale o tym za chwilę.

stany Zjednoczone dysponują nowoczesną – w wielu obszarach najnowocześniejszą na świecie – armią. Jest to armia nieustannie modernizowana, przesiąknięta nowinkami technicznymi, wyposażona w sprzęt pełen elektroniki.

Dość powiedzieć, że GPS był opracowany na potrzeby armii USA. Dla pełni obrazu można wspomnieć o dronach oraz przypomnieć, że roboty Boston Dynamics budowane były na zamówienie DARPA – agencji zaawansowanych projektów badawczych w obszarze obronności.

Ma to niebagatelny wpływ na rynek pracy inżynierów oprogramowania w USA. Boston Dynamics, Lockheed Martin, Facebook – wszystkie te firmy i wiele innych, zatrudniających setki tysięcy programistów stanowi fundament obronności kraju. Od automatycznych systemów jak drony, czy roboty, po wywiad i cyberbezpieczeństwo, tworzą one ogromny popyt na programistów za oceanem.

Z wolna podobnie sytuacja zaczyna się kształtować w Państwie Środka. Wzrost Chin powodujący inflację ambicji chińskiego narodu sprawił, że przywództwo zaczęło stawiać śmiałe cele. Jednym z kluczowych obszarów w Chińskich planach jest sztuczna inteligencja. Innym, oczywistym, jest rozwój armii. Rzut oka na oferty pracy w Szanghaju, czy Shenzhen pokazuje, jak mocno Chiny stawiają na AI.

Wbrew powszechnej w Polsce opinii, że Chińczycy pracują „za miskę ryżu” wynagrodzenia programistów z ofert pracy w większym mieście posiadającym przedsiębiorstwa z branży militarnej (Chengdu) oscylują wokół 20 000 RMB miesięcznie (ok 11 200 PLN). Daleko im oczywiście do wynagrodzeń oferowanych w Stanach, ale z powodu tych samych czynników, co w USA, można się spodziewać wzrostu popytu.

Dlaczego to się opłaca?

Nie rozumiem, czemu programista zarabia 15 000, kiedy ja zarabiam 4 000 – powie osoba spoza branży.

Tymczasem to proste.

Informatyzacja robi w zasadzie dwie rzeczy:

  1. automatyzuje pewne czynności sprawiając, że można zatrudnić mniej osób
  2. czyni możliwym rzeczy wcześniej nieosiągalne

Punkt pierwszy, przykład – swego czasu by sporządzić raport sprzedaży w jakimkolwiek sklepie, trzeba było usiąść przed stosem kartek i wykonać dziesiątki, setki operacji matematycznych. Dziś wystarczy kilka kliknięć i mamy wartości i wykresy, a to wszystko w kilka sekund. Jeśli w jakimś przedsiębiorstwie istniała osoba zajmująca się przygotowywaniem raportów (będących powtarzalnymi operacjami przetwarzania danych) można ją zwolnić. Raz opracowane narzędzie do generowania raportów posłuży tysiącom przedsiębiorstw, zaś wykonanie i aktualizacja tych narzędzi zajmuje o wiele mniej czasu i wymaga mniej etatów od tych, które dzięki owemu narzędziu stały się zbędne.

To tylko najbardziej prymitywny przykład automatyzacji. Dużo lepszym są choćby roboty spawające szkielety samochodów w fabrykach:

Zaprogramowany raz robot wykonuje pracę za darmo. Spawacz za każdą minutę bierze pieniądze.

Punkt drugi dotyczy nowych możliwości. Przykłady można mnożyć. Najlepszym bodaj będzie smartfon. Dzięki pracy między innymi programistów możemy dziś nawigować w terenie, słuchać muzyki, komunikować się ze światem i robić dziesiątki innych rzeczy na kilkuset gramowym urządzeniu wielkości połowy banana. Płacimy za nie producentom nieraz tysiące złotych. Dla wyprodukowania takiego cudeńka warto zatrudnić programistów.

Programowanie jest kluczowym narzędziem trzeciej rewolucji przemysłowej. Prawidłowo użyte, wykorzystane z głową potrafi podnieść produktywność przedsiębiorstwa o rzędy wielkości. Przykładem niech będzie Amazon. W porównaniu do tradycyjnego sklepu, Wal-Mart, generuje on dwukrotnie więcej dochodu na pracownika.

Najbardziej wydajną firmą, złożoną głównie z programistów, jest Apple. Jeden jej pracownik zarabia dla firmy prawie dwa miliony dolarów rocznie.

Źrodło: https://businessinsider.com.pl/international/these-tech-companies-make-the-most-revenue-per-employee/xh60rk9

Właśnie dlatego programiści mogą zarabiać dużo. Nie tylko nie ma ich nadmiaru na rynku pracy, lecz także są w stanie generować dla firm zysk o wiele większy, niż przedstawiciele pozostałych profesji.

bookmark_borderCzy programista potrzebuje matematyki?

Programowanie tradycyjnie kojarzone jest z matematyką. W Polsce wydziały informatyki są najczęściej połączone z wydziałami matematyki (np. Wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, Wydział Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, Instytut Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego). Czy jednak informatyka to aby na pewno dziedzina matematyki?

Uniwersytety takie jak Harvard podeszły do tematu nieco inaczej… Stanford ma osobny wydział: Stanford University – Computer Science Department. MIT łączy informatykę z elektrotechniką, ich wydział to: Electrical Engineering & Computer Science. W przypadku Harvardu mamy Harvard Computer Science department, tak samo zresztą UCLA. Być może nie wynika to z uznania informatyki za dziedzinę od matematyki odrębną, a ze skali i budżetów tych akademii. Może jednak coś jest na rzeczy z tym, że informatyka nie jest tylko matematyką stosowaną?

Multidyscyplinarna i praktyczna

Pierwsze co nasuwa się, kiedy pomyśleć o informatyce to, że jest dziedziną multidyscyplinarną. W dużej, w ogromnej mierze czerpie z matematyki, jednak nie tylko z niej. Przeplata się również z fizyką – bez maszyn, na których wykonywane są jej teoretyczne konstrukty jest niczym. Matematykę można uprawiać na kartce. Informatyka uprawiana na tablicy jest tym mniej więcej, co teoretyzowanie o produkcji tkanin bez budowania tkalni.

Sztuczna inteligencja czerpie inspirację z biologii. Można domniemywać, że aby przybliżyć się do ludzkiego poziomu sprytu i rozumu, będzie się ta dziedzina z neurobiologią i naukami kognitywnymi przelatać jeszcze bardziej.

Informatyka łączy się także z lingwistyką. Teoria automatów to języki i gramatyki formalne, a znaczący wkład w jej rozwój wniósł lingwistyk: Noam Chomsky.

Kreatywna, eksperymentalna, dynamiczna

Matematyka jest abstrakcyjną, intelektualną dziedziną. Myśli się w niej dużo oraz intensywnie, konieczne jest wysokie IQ, dobra pamięć, szczególnie krótkotrwała, by pomieścić wiele tymczasowych informacji w umyśle. Jest jednak matematyka nauką dość stabilną. Rewolucje, przełomy zdarzają się raczej rzadko. Nowe gałęzie pojawiają się, o ile mi wiadomo, nieczesto.

Tymczasem informatyka, choć podobna, w tym sensie, że posługująca się na poziomie teoretycznym aparatem matematycznym, jest jednak inna. Najpewniej z uwagi na swój młody wiek, jest dynamiczna. Nowe dziedziny rozkwitają w niej – by użyć grafomańskiego porównania – jak pąki na wiosennej łące. Nie pojawiły się w wielu miejscach rozstrzygnięcia ostateczne, a inżynieria oprogramowania szczególnie labilna jest jeśli chodzi o reguły i zasady, bo co dekadę niemal uczy się nas programować nieco inaczej, wedle innych zasad i prawideł…

Informatyka jest też o wiele bardziej eksperymentalna od innych dziedzin. W matematyce eksperymentu nie ma w ogóle, jest dowód. Rzecz trudna do wykonania, a do zweryfikowania kosztowna, przynajmniej intelektualnie. W fizyce eksperymenty są coraz droższe, spektakularne, niektóre już stają się (jak LHC choćby) przedsięwzięciami międzynarodowymi i rozpisanymi na dekady. Póki co natomiast informatyka jest polem eksperymentów dość prostych i raczej tanich. Dlatego też elektronik – jak sądzę – zastanowi się dziesięć razy zanim zacznie lutować, natomiast programista często szybciej napisze prototyp, niż zdołałby go w głowie obrócić i oszlifować (z tej cechy wyrastają zresztą w pewnym stopniu metodyki zwinne).

Co programista musi?

Programista musi być cierpliwy i dość bystry, musi lubić się uczyć i mieć umysł otwarty na nowe rozwiązania. Powinien być kreatywny. Koniecznie musi znać angielski. Jeśli chodzi o inteligencję nie trzeba mu IQ matematyka, czy fizyka teoretycznego, ale potrzebna jest jednak jasność umysłu, pewien zmysł logiki. Dobrze jest, gdy programista jest pragmatykiem, a nie idealistą – w programowaniu często trzeba iść na kompromisy.

Matematyka, czy fizyka – przynajmniej teoretyczne – potrzebne są programiście najczęściej na studiach, rzadko natomiast w praktyce zawodowej.

Wbrew pozorom – programista powinien umieć rozmawiać z ludźmi. Programowanie nie polega jedynie na pisaniu kodu i wymyślaniu rozwiązań technicznych, ale również na zrozumieniu potrzeb biznesu, przyszłych użytkowników. Co więcej skala projektów rozrosła się na tyle, że tworzy się je zespołowo, a bycie samotnym geniuszem nie jest już receptą na sukces w branży.

Reasumując – programista nie jest jedynie matematykiem stosowanym. W pewnym stopniu matematyki potrzebuje, ale raczej matematycznego, logicznego stylu myślenia, umiejętności pracy nad abstrakcyjnymi strukturami, niż aparatu matematycznego i znajomości konkretnych działów królowej nauk.

bookmark_borderStudenckie nawyki

Pewnych nawyków ciężko się pozbyć. Mówi się często o tym, jak ważne są pierwsze odruchy, jakich nabieramy podczas nauki gry na instrumencie. Samoucy natrafiają często na trudności na późniejszym etapie, gdy zmuszeni są oduczyć się błędnych zachowań. Dlatego wynajmujemy dzieciom nauczycieli lub posyłamy je do szkół muzycznych…

Programowanie jest niezwykle dynamiczną dziedziną, z którą jako kraj przez wiele lat nie mieliśmy styczności. Choć na poziomie akademickim pewne techniki i rozwiązania mają już swoje lata i niektórzy twierdzą, że nihil novi sub sole, to jednak wciąż rodzą się nowe strategie radzenia sobie z problemami, nowe pomysły, technologie i języki.

Większość programistów w Polsce nauczyła się programować na studiach. I choć brzmi to niebywale – w większości z nas wciąż tkwią nawyki z tamtego okresu. Nie są to nawyki chlubne. Krajowe uczelnie jak można się dowiedzieć z dowolnego rankingu nie są najlepszymi uniwersytetami świata, a realia wydziałów informatycznych są chyba jeszcze gorsze, niż polskich akademii ogólnie.

Oczywiście mówi się wiele o sukcesach naszych studentów, o wysokich pozycjach polskich programistów w rankingach i tak dalej, ale niestety odpowiedź na pytanie – jakie więc świetne produkty stworzyliśmy? – ogranicza się do gier CD Project oraz platform UXPin, Brand24, czy CodeWise. Oczywiście pod cudzymi markami piszemy o wiele więcej, ale wbrew tłumowi pozwolę sobie być sceptyczny, co do naszych umiejętności – nie u nas urodził się Torvalds, ani Stroustrup, Dijkstra, czy Knuth. Trzeba nam pokory i praktyki.

Uczelnie zatem wpoiły nam złe nawyki. Jakie konkretnie?

1. Przedwczesna optymalizacja

Jak rzekł wspomniany tu już Donald Knuth – przedwczesna optymalizacja jest źródłem wszelkiego zła. Tymczasem na nauce klasycznych algorytmów oraz progresji ku wydajności skupia się program nauczania informatyki na uczelniach. Uczy się studentów sortowania bąbelkowego, by potem pokazać im lepsze, wydajniejsze. Wiele przedmiotów dotyczy głównie na optymalizacji – uczymy się o drzewach BST, o algorytmach grafowych, niektórzy również o kompresji. Wpaja to w studentów przeświadczenie, że wydajność jest okrutnie ważna, najważniejsza. Tymczasem w projektach biznesowych rzadko tak jest.

2. Brak edukacji w zakresie planowania dużych projektów

Ze studiów pamiętam dziesiątki projektów małych, ani jednego wielkiego. Nie organizuje się grupy kilkunastu osób, by wykonały coś dużego, ale zleca pojedynczym studentom malutkie programiki do napisania w pojedynkę. Nie daje to szans na nabycie umiejętności zarządzania wielkim projektem, radzenia sobie z problemami większymi od pojedynczego programisty – a tylko takie projekty spotykamy później w firmach. Dzielenie projektów na etapy, estymacja zadań, ustalanie priorytetów – te kwestie są w edukacji akademickiej nieobecne.

3. Samotnictwo a.k.a. brak umiejętności pracy w grupie

Jak w poprzednim punkcie wspomniałem – projekty na polskich uczelniach są małe, przeznaczone dla jednego studenta na tydzień lub miesiąc, czy dwa. Pociąga to za sobą spore konsewkwencje nie tylko na płaszczyźnie zarządzania projektem. Programiści samotnicy nie mają szans nauczyć się pisać czystego kodu. Pisząc krótko i w pojedynkę nie mogą pojąć wykładu o czystym kodzie, jeśli taki się pojawi. Te problemy dopadną ich dopiero w pracy. Tak samo zresztą jak umiejętność kooperacji z kolegami. Na studiach widziałem wielu, nieraz świetnych, studentów, którzy kompletnie nie potrafili pracować we dwójkę, nie mówiąc o większej grupie. Narcystyczni, outsiderscy, z przerośniętym ego – tacy ludzie dopiero w pracy napotykają na olbrzymie trudności, przez studia przechodząc nieraz z wielkimi sukcesami.

4. Piśmienni, ale nie „czytelni”

Wiele, jeśli nie większość, projektów biznesowych posiada rozbudowane repozytoria istniejącego kodu. Rzadko zdarzają się greenfields, w których można sobie pozwolić na kreatywność i tworzenie z pominięciem lektury cudzego kodu. Czytania jednak studia nie uczą. Poza zrozumieniem algorytmów, gdzie raczej o zrozumienie konceptualne idzie, a nie o czytanie konkretnego zapisu w wybranym języku programowania, nie ma na akademiach przedmiotów związanych z czytaniem kodu źródłowego ze zrozumieniem. Jest to tymczasem kluczowa umiejętność w codziennej pracy każdego profesjonalnego programisty.

5. Dokumentacja? Komu to potrzebne?

Nie licząc pracy magisterskiej i kilku raportów – nigdy na uczelni nie musiałem dokumentować stworzonego oprogramowania. Oczywiście nie każdy aspekt projektu opisywać słownie należy, ale podejście, z jakim się spotkałem na uniwersytecie polegało na oczekiwaniu, by kod działał, niekoniecznie jednak na opisaniu go. Liczył się rezultat, wynik, wyjście, przy zadanym wejściu. Nigdy nie stawiano nacisku na to, co jest w oprogramowaniu niezwykle istotne i stanowi żywotny interes przedsiębiorstw – na utrzymywalność, dokumentację, na transfer wiedzy.


Co zatem robi świeżo upieczony junior magister, o ile jedyne czego się nauczył to program studiów? Nie dokumentuje, pisze bałaganiarski kod, nie wie jak estymować, nie ma pojęcia o ustalaniu priorytetów, nie wie jak się dogadać z kolegami, boi się deadline’ów i nie umie rozmawiać z biznesem, pisać kod potrafi, ale czyta z trudem.

Obyśmy dożyli czasów, gdy akademie zreflektują się, jak ułomne są efekty ich pracy i podejmą próby uzdrowienia sposobu w jaki uczą…

bookmark_borderZdania, które usłyszysz od złego programisty

1. Możliwe, że przesadziłem z wyceną

Wycofanie się programisty z wyceny, którą zrobił może oznaczać kilka rzeczy, a każda z nich jest zła… Po pierwsze możliwe, że programista jest leniwy i ją zawyżył. Druga opcja, to niestaranne jej przygotowanie. Trzecia wreszcie to, że programiście takiemu brak odwagi cywilnej i woli skłamać, niż powiedzieć gorzką prawdę.

2. Lepiej tego nie ruszajmy

Powyższe zdanie sygnalizuje przede wszystkim zły stan projektu. Jakaś jego część jest tak krucha, że strach ją zmieniać. Jednak jest to również symptom kiepskiej jakości programisty, bo osoba doświadczona powiedziałaby raczej – modyfikacja tego fragmentu projektu jest ryzykowna – po czym spróbowała sytuację naprawić.

3. To 10 minut roboty

Niewinne, ale jednak łgarstwo. Nawet niewielkie zmiany w kodzie, przy złożoności technologii i narzędzi, jakich używamy w rozwoju oprogramowania nie zajmują 10 minut. Jeśli programista obiecuje takie dziesięciominutowe rozwiązania, to najpewniej składa również inne obiecanki-cacanki.

4. Czysty kod to kwestia gustu

Znany z innych obszarów życia relatywizm – nie ma brzydoty, bo komuś coś się podoba. Cóż – czysty kod jest jak czyste miasto. Kiedy widzimy wybite szyby i opadające tynki; kiedy widzimy bełkotliwe nazwy zmiennych i rozwlekłe metody – wiemy, że jesteśmy w mieście, wiemy, że jesteśmy w kodzie brudnym, upadłym, gnijącym. Nie ma tu miejsca na relatywizm. I nie można bronić swojego niechlujstwa relatywizowaniem.

5. To tak było od zawsze

Konserwatyzm jest może dobry w pewnych dziedzinach życia, ale na pewno nie w rozwoju oprogramowania. Nasza branża premiuje dynamiczne zmiany i jeśli ktoś trzyma się starych rozwiązań bez rzeczowego uzasadnienia, a tylko na podstawie tego, że są stare – nie jest dobrym reprezentantem naszego zawodu.

6. Jest bałagan, ale nie mamy czasu na refaktor

O ile są zawody i branże wymagające działania tu i teraz, jak na przykład bycie strażakiem, o tyle – za wyjątkiem „gaszenia pożarów” na produkcji – rozwój oprogramowania nie jest tą branżą, a programowanie tym zawodem. Jeśli jest bałagan, to znaczy, że struktura kodu, projektu przeszkadza nam w pracy. Jeśli programista doprowadza do takiego stanu, to już jest sygnał alarmowy. Jeśli w dodatku tego stanu nie umie zakończyć – rozmawiając z biznesem, wygospodarowując czas, poświęcając wysiłek na uporządkowanie chaosu – to już oznacza, że jest po prostu bałaganiarzem szukającym wymówek, a nie efektywnym profesjonalistą.

7. Nie było czasu na testy

Jeśli nie było czasu na testy, to po co był czas na pisanie kodu? Kod bez testów jest gorszy niż brak kodu w ogóle, bo działanie szkodliwe jest gorsze od zaniechania działania. Co więcej – jeśli nie było czasu na testy, to najwidoczniej nie został on przez programistę uwzględniony na etapie planowania albo też pojawiły się problemy, które podczas implementacji przemilczał, podejmując bez wiedzy biznesu decyzję o obniżeniu jakości.

bookmark_borderDRY is dead

Reguła DRY jest obok YAGNI, SOLID, czy KISS jednym z najpopularniejszych akronimów pisanych wielkimi literami, które wypłynęły na sposób w jaki staramy się tworzyć oprogramowanie. Jest prosta, intuicyjna i przyswajana przez programistów na wczesnym etapie edukacji. Tyle, że zrodzona w zupełnie innych okolicznościach, niż te z którym dziś mamy do czynienia stała się martwa.

Jej truchło leży na środku sceny i zatruwa nas swoimi oparami.

Prosty pomysł

Nie jestem historykiem programowania i nie dysponuję pewnością co do genezy reguły DRY, ale wyobrażam sobie, że powstała w czasach programowania proceduralnego. W każdym razie proceduralnością pachnie, wręcz cuchnie.

Prosty to pomysł. Banalnie prosty. Mamy sobie kod. Kod należy organizować w procedury, czyli wycinać bloki kodu, które są używane wielokrotnie. Jeśli w jakimś bloku się powtarzamy, to działamy źle, powinniśmy wydzielić go i przekształcić w procedurę.

Ciągle mało

Od czasu programowania proceduralnego trochę się pozmieniało. Przede wszystkim nastąpiła wielka eksplozja paradygmatu obiektowego. Złożoność oprogramowania wzrosła. Biznes miał już swoje systemy automatyzujące księgowość, sumujące przychody, generujące raporty. Trzeba było pisać przeglądarki internetowe, komunikatory, systemy tradingowe dla giełd i snake’a na 3310. Poza ostatnim – były to coraz większe wyzwania.

Tyle tylko, że reguła DRY pasuje do programowania obiektowego jakby mniej. W zasadzie w ogóle nie pasuje, jak się dobrze zastanowić.

Co się dzieje, gdy próbujemy w obiektowym kodzie unikać powtarzania się? Pierwsze co przychodzi do głowy to dziedziczenie: piękny akademicki koncept, który załamał się pod ciężarem rzeczywistości. Pies się wabi, kot ma imię, zróbmy klasę zwierzę. Zrobiliśmy. Szybko okazuje się, że pies się wabi, ale jednak imiona ma inne niż kot, że wabi się, ale kot jakoś gorzej reaguje na własne imię, że zwierzę ma imię, ale nie do końca, bo tylko zwierzę domowe. Robimy klasę zwierzę domowe i dzikie. O cholera – przecież prawie nikt nie nazywa swoich rybek.

Drugie popularne rozwiązanie to żartobliwa oznaka senior developera. Co robi senior developer, gdy przychodzi do chaotycznego projektu? Tworzy folder utils.

Klasy gromadzące wspólne, niepasujące nigdzie indziej kawałki kodu znajdują się obecnie w większości projektów. W niektórych z nich widziałem nawet rozrosłe do 8-16 tysięcy linijek „commony”. Tych polipów da się uniknąć i tak naprawdę powinny zostać rozmasowane z głową na różne fragmenty projektu, ale ich głównym źródłem jest próba stosowania reguły DRY – wydzielenia gdzieś, gdziekolwiek, bo tak najłatwiej, kodu, który się powtarza.

Mikroserwisy – gwóźdź do trumny

Kiedy zapytałem kolegi, który odszedł z Amazona – firmy, która traktowana jest jako modelowa i pionierska, jeśli chodzi o stosowanie architektury mikroserwisów – jak organizują części wspólne, skąd wiedzą, że inny zespół nie napisał już czegoś podobnego, odparł:

 Nie szukamy. Piszemy swoje rozwiązanie. Przy tej skali jest to tańsze i szybsze.

Skala, ogrom systemów, z jakimi przychodzi nam się dzisiaj mierzyć sprawia, że konieczne staje się dzielenie ich na mniejsze. W zasadzie od zawsze było to jedną z podstaw programowania, ale w architekturze mikroserwisów oraz komponentowym podejściu do aplikacji webowych (Angular, React) trend ten uwyraźnia się i przybiera na sile.

I w gruncie rzeczy jest to dużo bardziej obiektowe oraz zgodne z naturą, niż dziedziczenie. Organizmy są do siebie podobne, ale ciężko powiedzieć, żeby były takie same. Oko człowieka nie jest tym samym okiem, co oko psa, czy sokoła. Tylko z pozoru i powierzchownie można zakładać, że jest możliwe współdzielenie. Nie jestem ekspertem z dziedziny genetyki, ale nie wydaje mi się, że gdyby wyciąć z człowieka fragmenty DNA, których nie współdzieli z małpą stałby się automatycznie orangutanem. Silne jest we mnie podejrzenie, że choć wiele w tym podobieństw, czy identycznych fragmentów kodu, to jednak subtelności, kilka „linijek” różnicy sprawia, że dziedziczenie trzeba wziąć w duży, znaczący cudzysłów.

Jak żyć?

Wygląda na to, że reguła DRY dobrymi intencjami wybrukowała nam piekiełko. Czy czas ją odrzucić? Być może. Na pewno warto ją jednak przemyśleć. Warto pamiętać, że w wielu scenariuszach nie powinna być dla nas rekomendacją, że nie jest uniwersalnym narzędziem. Powtarzalność kodu może sygnalizować problemy, a równie dobrze może być najlepszym możliwym rozwiązaniem.

Czy dwukrotne powtórzenie identycznego kodu jest złe? Jeśli w tej samej klasie, pewnie jest. Jeśli w tym samym module, być może. A jeśli w projekcie składającym się ze 100 000 linii kodu, w odległych od siebie modułach? Chyba nie.

Czy częściowe powtórzenie kodu jest złe? Cóż, może nie jest złe arbitralnie, a zależy to od tego, czy da się zbudować odpowiednią abstrakcję, która pozwoli tego uniknąć? Często stosujemy pewne zasady ortodoksyjnie. Dobrze jest jednak zostać centrystą. Wybrać złoty środek. Reguły w programowaniu to zwykle zaledwie sugestie. Nie kierujmy się nimi ślepo.

bookmark_borderKomunikacja asynchroniczna

Kiedy myślimy o zespole programistów, a konkretnie o jego wydajności – przychodzi nam na myśl zapewne jego doświadczenie, motywacja, czy uzdolnienia. Tymczasem sposób w jaki porozumiewają się członkowie zespołu może zaoszczędzić lub roztrwonić znaczące ilości czasu.

Komunikację w zespole można rozróżnić na synchroniczną i asynchroniczną. Pierwsza oznacza, że nadawca i odbiorca wiadomości muszą w tym samym czasie skupić swoją uwagę. Drugi rodzaj pozwala na odpowiedź po pewnym czasie.

Dominujący rodzaj komunikacji w zespole deweloperskim ma fundamentalne znaczenie dla jego wydajności.

Jeśli zespół komunikuje się synchronicznie, to każda rzecz wymagająca wyjaśnienia rozprasza programistów. Oderwanie dewelopera od kodu, choćby na pięć minut, rujnuje jego skupienie i obniża produktywność.

Przykłady komunikacji synchronicznej:

  • programista czegoś nie wie i potrzebuje zadać pytanie, wstaje, idzie do biurka kolegi i pyta
  • product owner odpowiada na pytania podczas regularnych spotkań, gdzie omawiane są po kolei wątpliwości różnych osób
  • tester nie wie jak przetestować zadanie, podchodzi do programisty i pyta
  • programista potrzebuje pomocy w debugowaniu, podchodzi do pierwszego z brzegu kolegi i prosi o pomoc

Marnujemy w ten sposób dużo czasu i energii. Z pozoru jest łatwiej – nie musimy czekać na pomoc, możemy omówić coś na żywo, wydawać by się mogło bardziej dogłębnie, a jednak… podczas spotkań głównie czekamy na swoją kolej, w trakcie pracy przy biurku współpracownicy przerywają nam flow.

Komunikacja asynchroniczna dla sporej ilości osób jest nieintuicyjna, ma jednak ma wiele zalet:

  • pozwala osiągać długie okresy skupienia
  • pozostawia pisemny ślad, do którego można się odwołać, który można przeszukiwać po jakimś czasie
  • pozwala udzielać bardziej przemyślanych, szczegółowych odpowiedzi na pytania

O ile dla pracowników „z biznesu” asynchroniczność może wydawać się dziwna, o tyle dla programistów powinna być oczywistością. Każdy przecież wie, że ponowne załadowanie kontekstu zajmuje czas, że czekanie na odpowiedź serwera blokuje wykonanie programu. Mimo to – w realnym życiu często zdarza nam się o tych zasadach zapominać.

Przykłady komunikacji asynchronicznej:

  • product owner odpowiada na pytania mailowo, nie natychmiast, ale sprawnie
  • tester zamiast pokazywać programistom problemy opisuje je słownie albo nagrywa filmy pokazujące błędy
  • programista mający pytanie zadaje je na slacku lub mailowo, a osoby z zespołu w momencie, gdy nie potrzebują skupienia odpowiadają mu

Najbardziej efektywne zespoły, w jakich miałem przyjemność pracować komunikowały się w dużym stopniu asynchronicznie. Analogicznie – najbardziej niewydajne, omawiały godzinami na spotkaniach w dużych grupach kwestie, które mogły zostać omówione w e-mailu.

Warto pochylić się nad sposobem w jaki organizujemy sobie pracę i dostrzec wzorce, a następnie zastanowić się, czy nie sabotujemy własnej produktywności złymi praktykami.

bookmark_borderProgramista 10x

Programista 10x to osoba, której wydajność jest dziesięciokrotnie większa od przeciętnego inżyniera oprogramowania. Niektórzy nie wierzą, że jest to możliwe, inni twierdzą, że sami są programistami 10, a nawet 100x.

Czy programista 10x istnieje? Jak zostać programistą 10x?

Początki

Źródeł terminu można się dopatrywać w eseju Zespół chirurgiczny z książki Legendarny osobomiesiąc Freda Brooksa, w którym pisze on o różnicach w wydajności programistów:

…w skrócie programista zarabiający 20 000$ rocznie może być 10 razy bardziej produktywny od od tego, który zarabia 10 000$ rocznie. Jak również na odwrót…

Sama idea bycia 10x krążyła w środowisku biznesowym od dość dawna – bycia dziesięć razy lepszym, tworzenia produktu przewyższającego konkrencję, organizowania czasu w sposób optymalny i w ogóle bycia produktywnym najbardziej jak się da.

Wydaje się, że do narodzin terminu Programista 10x bezpośrednio przyczynił się Grant Cardone, autor Reguły 10x. Jego książkę wydano w 2011 i właśnie od tamtego czasu termin zaczął żyć własnym życiem:

Mit, czy rzeczywistość?

Wiele osób przeczy możliwości istnienia programisty 10x. Wydaje się, że niemożliwym jest, by jedna osoba była dziesięciokrotnie bardziej produktywna od drugiej. Jest w tym jednak mentalna pułapka. Mysleć tak można tylko patrząc na programowanie jak na sport lub pracę fizyczną, w której jeden robotnik na taśmie nie może być znacząco szybszy od drugiego, gdzie wybitny sprinter nie przebiegnie dystansu czterokrotnie szybciej od konkurentów choćby był półbogiem.

Programowanie to dziedzina intelektualna, a inteligencja nie skaluje się liniowo.

Jakiś czas temu Jordan Peterson podczas jednego ze swoich wykładów, IQ, a rynek pracy, zaprezentował tabelę, w której rozpisał zalecane zawody odpowiadające różnym poziomom ilorazu inteligencji. Przykładowo przedział 87-93 IQ predestynować miałby do bycia pakowaczem lub dozorcą, zaś do bycia programistą zalecał kanadyjski psycholog coś pomiędzy 100, a 115.

Oczywiście IQ nie jest miarą programistycznego mnożnika. Warto o tym jednak pamiętać, że to geniusze posuwali ludzkość do przodu, że bez kilku tysięcy zaledwie wybitnych osób nie mielibyśmy elektryczności, silnika spalinowego, czy telefonii komórkowej.

Nie ma wątpliwosci, że jest możliwe, iż jedna osoba będzie umysłowo wielokrotnie bardziej wydajna od innej.

Cechy

Kim trzeba być by zostać programistą 10x? Co mają ze sobą wspólnego wysokowydajni inżynierowie oprogramowania?

Pewnie, by z należytą starannością odpowiedzieć na to pytanie trzebaby przeprowadzić badania, wziąć pod lupę takich programistów jak Linus Torvalds, Donald Knuth, Niklaus Wirth, Guido van Rossum, czy Dennis Ritchie.

Na to jednak czasu nie ma, więc trzeba pogdybać. Zacząłbym jednak od tego, że niekoniecznie musi to być osoba o wysokim IQ. Programowanie to nie fizyka teoretyczna. Inne cechy osobowe są tu równie istotne.

Pasja, profesjonalizm i odpowiedzialność

To te trzy cechy postawił bym na pierwszym miejscu ex aequo.

Nie wyobrażam sobie bycia efektywnym programistą nie pasjonując się swoim zawodem. Banał, a jednak jest to rzecz kluczowa. Nawet jeśli programistą zostaliśmy z pasji do bezpieczeństwa finansowego i klimatyzowanego biura, to wierzę, że da się zapałać miłością do pisania kodu. Bez niej trudno nam będzie wybić sie przed szereg.

Profesjonalizm to szeroki temat. Na pewnym forum przeczytałem kiedyś interesujące sformułowanie bazujące na zasadzie Pareto: 80% osób pracujących w dowolnym  zawodzie wykonuje go nieprofesjonalnie, jedynie 20% to prawdziwi specjaliści. W dużej mierze jest to spostrzeżenie trafne. Przy odpowiedniej dozie samokrytyki przyznamy autorowi rację.

Być profesjonalnym programistą oznacza dla mnie przede wszystkim traktowanie swojej pracy poważnie. Nieprofesjonalne jest:

  • pisanie kodu złej jakości
  • wybieranie technologii tylko dlatego, że nie chce nam się uczyć nowej
  • wybieranie technologii tylko dlatego, że chcemy się jej nauczyć
  • wszelkie formy lenistwa
  • nadmierna pedanteria

Programista 10x – jeśli można go opisywać przez brak – tych cech miał nie będzie. Wysoka jakość pracy, chłodne, analityczne podejście do wyboru narzędzi, pracowitość, pragmatyzm. Taki zestaw cech bez wątpienia podniesie naszą wydajność, jeśli nie dziesięciokrotnie, to przynajmniej dwukrotnie.

Ostatnia rzecz to odpowiedzialność – programista odpowiedzialny nie będzie obiecywał gruszek na wierzbie, nie będzie twierdził, że wykona produkt choć doskonale zdaje sobie sprawę, że w zadanym budżecie i czasie nie uda się zachować choćby minimalnej wymaganej przez zdrowy rozsądek jakośći. Programista wydajny będzie też odpowiedzialny w tym sensie, że nie będzie zaciągał bez wiedzy managementu długu technicznego, chwaląc się potem swoją wydajnością, a po cichu pozostawiając problem swoim następcom i firmie.

Warunki pracy i zaangażowanie

Nie wszędzie da się być wysokowydajnym. Jeśli jedno przedsiębiorstwo dysponuje łopatą, a drugie koparką, to siłą rzeczy nawet najbardziej zmotywowany, silny, zdrowy i wydajny kopacz rowów nie będzie bardziej efektywny przy użyciu łopaty.

Programistę 10x mogą pomóc stworzyć warunki pracy polegające na zapewnieniu mu dobrego sprzętu, świętego spokoju bez przerywania co chwila pracy, dostępu do wiedzy i partnerskiej, profesjonalnej relacji z przełożonymi.

Programista 10x jest bez wątpienia osobą bardzo, ale to bardzo zaangażowaną, wewnętrznie zmotywowaną. Być może lubi swoją pracę, może wierzy w projekt, możliwe, że ma w sobie ogromną dyscyplinę. Jaki by nie był powód – bez zaangażowania nie będzie pracowitości, a bez niej nie będzie efektu.

Podsumowanie

Programista 10x to ideał. Wymarzony pracownik każdej firmy, dla której tworzenie oprogramowania jest kluczowe. Można jego narodziny wspomóc tworząc odpowiednią strukturę organizacji, ale trzeba też umieć znaleźć go na rynku pracy. Warto jednak. Warto poświęcić czas, poszukać go, doskonale opłacić i wykorzystać ten rzadki talent. Być może dzięki tej jednej, kilku osobom to nasza organizacja będzie kolejnym gigantem, może to u nas powstanie przełomowa technologia, genialny produkt…

bookmark_borderStare spaghetti, czysta wódka i wujek Zdzisiek

Ktoś mnie ostatnio nazwał clean code evangelist. Pomyślałem – tytuł zobowiązuje. Trzeba napisać o czystym kodzie.

Co jednak napisać? Wszystko już było. Nic nowego pod słońcem. Krótkie metody, znaczące nazwy i ogólnie takie, takie. Co mógłbym ja, prosty programista, napisać o czystym kodzie pod koniec drugiej dekady XXI wieku? Dekady jaśniejącej tysiącem frameworków JavaScriptowych, dziesięciolecia mikroserwisów, chmury i dev-ops!

Metafory. Metafory zawsze służyły ludzkości. Horacy, Nostradamus, Popek. Wszyscy oni używali mglistego języka przenośni, by oddać esencję. Spróbujmy.

Spaghetti jest dobre, spaghetti smaczne jest, świeże spaghetti jest jak listek bazylii na pizzy, jak zapach wydechu Fiata w wąskiej uliczce Turynu, jak szynka parmezańska obsypana rukolą. Wszyscy lubimy gotować spaghetti. 8 minut i gotowe. Cottura 8 minuti i włala.

Kod spaghetti jest taki sam. Świeżo przygotowany pachnie soczystymi kaskadami ledwie widocznych zależności. Ma smak długich jak przedrelease’owe wieczory metod z posmakiem enigmatycznych nazw zmiennych, nazw dojrzewających w pełnym słońcu wschodzącego deadline’u.

Niestety, spaghetti nieskonsumowane przekształca się w to samo mniej więcej, co skonsumowane.

Spaghetti dojrzałe powoduje zaparcia, bóle głowy, a nawet rozwolnienia. Kod spaghetti tak samo – przydatny jest do spożycia w krótkim jedynie terminie.

Zastanawiając się, jaki pseudonim musiałbym sobie wybrać by zostać polskim Uncle Bob’em doszedłem do wniosku, że mógłbym być wujkiem Zdziśkiem. Na potrzeby tego i kolejnych akapitów – zostanę nim.

Posłuchajcie wujka. Wujek życie zna. Wujek pracował nad jednym projektem do emerytury w zakładzie pracy państwowym, nad projektem rządowym i wujek wie co to znaczy nieświeże spaghetti.

Rada wujka: kod ma być jak wódka.

Tak. Jak wódka ma być!

Wódka, jaka jest, każdy widzi. Jak koledzy z zespołu kod wódkę zobaczą, to przysiądą się, zaczną delektować się kodem wódką, zadowoleni będą, radośni. Kod wódka doskonale się integruje. Kod wódka nie ma zależności – można z ogórkiem, można z colą, wszystko co interfejs zakąska implementuje być może. Kod wódka powoduje najmniejszego kaca, o ile potrafimy go okiełznać.

Reasumując: kod ma być, jak wódka, czysty.

Tako rzecze wuj Zdzich.

bookmark_borderProgramowanie jest łatwe

Wiele osób, które nie miały wcześniej styczności z programowaniem myślą, że jest ono trudne. Częściowo wynika to z przekonania, że ma ono duży związek z matematyką, trochę z nieczytelnego wyglądu niektórych języków programowania, a odrobinę też z tego, że niektórzy ludzie z branży lubią pozować na magików, którzy zaklinają cyfrowe węże.

Prawdę powiedziawszy podstawy programowania są łatwe.

Element pierwszy: zmienne

Koncepcja zmiennej jest prosta, jak konstrukcja cepa. Mamy coś co ma nazwę i wartość oraz typ. Na przykład:

nazwa: ilość pieniędzy na koncie
wartość: 7000
typ: liczba

nazwa: imię mojego dziecka
wartość: Maciek
typ: litery

Element drugi: warunki

Warunki są koncepcją równie prostą, jak zmienne. W zależności od czegoś robimy coś albo coś innego. Banał.

Przykład:

Jeśli 
       data urodzin mojego dziecka jest równa dacie dzisiaj

To
       będę robić tort

Element trzeci: pętle

Pętle wykonują coś wiele razy. Proste? Proste.

Przykład:

Dopóki flaszka jest pełna
       nalej do kieliszka a potem wypij

Język

Oczywiście na końcu trzeba to wszystko zapisać w jakimś języku programowania. Kiedy ludzie myślą o nauce języka zwykle są przerażeni. Przychodzi im na myśl od razu ta wredna germanistka z podstawówki, rodzajniki, odmiana i czasy. I tysiące, nieskończone tysiące słówek do nauczenia.

Języki programowania są łatwe. Gramatyki prawie nie ma, a słów jest kilka.

Naprawdę.

Definicje zmiennych?

liczba: number;
napis: string;

Warunki?

ilośćCiastek = 5;
 if ( ilośćCiastek > 0 ) {
        jedzCiastka();
 }

Pętle?

while ( flaszka.czyJestPelna() ) {
        człowiek.pij()
 }

Oczywiście to są podstawy. Oczywiście jest dużo gorzej. Jednak nikt mi nie wmówi, że te podstawy są jakieś strasznie skomplikowane, że programowanie to matematyka i gramatyka niemiecka albo jeszcze gorzej.

Programowanie jest łatwe. I fajne!

bookmark_borderProject managerowie go nienawidzą! Programista z korpo odkrył jeden prosty trik jak wysadzić projekt w powietrze przy użyciu Jiry.

Za górami, za lasami, za siedmioma routerami, był sobie projekt. Był dobry. Deadline był odległy, a budżet zatwierdzony. Zespół liczny, doświadczony. Pomysł na produkt miał ręce i nogi.

Co mogło pójść nie tak?

Zabraliśmy się do pracy. Spotkania, telekonferencje, ustalenia. Planowanie za planowaniem, meeting za meetingiem, sprint za sprintem. Szybko okazało się, że głównodowodzący projektem ma osobowość radiowego spikera. Człowiek ten uwielbiał rozmawiać, mówić, przemawiać i omawiać. Nie ma w tym nic złego. Dobrze jest być towarzyskim. Projekt był rozproszony geograficznie, więc siedziało się na słuchawce godzinami, ale jeśli trzeba coś omówić, to przecież naturalne.

Po rozmowie wypadałoby zacząć pracę, a ustalenia spisać. Nasz lider jednak lubił jedynie mówić. Zadania, jakie dla nas tworzył składały się zwykle z jednozdaniowego opisu staniowącego tytuł.

Projekt trwał i trwał, postępy nie były imponujące. Nadszedł sezon urlopowy. Nasz lider również postanowił udać się na zasłużony wypoczynek. Dwutygodniowy. Przed opuszczeniem biura zorganizował – a jakże! – spotkanie, na którym omówił zadania, jakie przed nami stały. Wydawało nam się, że zrozumieliśmy jego intencję. Dla uspokojenia przekazał nam kontakt do dwóch osób, które miałyby rozwiać nasze wątpliwości w razie, gdyby takowe zaistniały.

Przyszedł kolejny tydzień. Zajrzeliśmy do notatek, zajrzeliśmy do zadania (z jednozdaniowym opisem). Po kilkunastu minutach pojawiły się wątpliwości. Po godzinie rozmawialiśmy z pierwszą osobą, jaka miała nas wspomóc. Okazało się, że zrozumiała naszego lidera inaczej, niż my. Zaniepokoiło nas to. Zadzwoniliśmy do kolejnej. I ona zrozumiała inaczej. Tyle tylko, że nie inaczej niż my, ale również inaczej niż pierwsza osoba. Mieliśmy trzy interpretacje i dwa tygodnie bez autora.

Puenta okazała się zaskakująca. Gdy lider wrócił z urlopu i zaczęliśmy drążyć, jak konkretnie mamy wykonać zadanie i na czym ma ono polegać, po kikudziesięciu minutach kluczenia przyznał, że nie wie.

To najjaskrawszy, z jakim miałem do czynienia, przykład jednego z grzechów programistów – pobieżnego opisywania tasków. Oczywiście nie można być pedantem i opisywać ich przesadnie szczegółowo, ale pewien sensowny poziom detalu i dbałości jest wymagany, by projekt nie eksplodował spotkaniami.

Zastanówmy się. Bierzemy do ręki, na warsztat nowe zadanie. Czytamy opis i połowy z niego nie rozumiemy. Co robimy? Idziemy do autora. Jeśli autor jest z biznesu, to pewnie jest na spotkaniu i nie idziemy, a wysyłamy mail. Czekamy albo bierzemy inne zadanie. Jeśli inne są równie dobrze opisane, to piszemy kilkanaście maili zanim uda nam się zabrać do roboty. Jeśli natomiast autor jest programistą z zespołu to idziemy do niego i… odrywamy go od pracy w skupieniu, przychodząc z naszym  pytaniem.

W obu scenariuszach tracimy czas. Wszyscy. Czas i efektywność.

Opis zadań powinien być precyzyjny, napisany prostym językiem i wystarczająco dokładny, żeby zrozumiała go osoba, która nie posiada naszej wiedzy, a wiedzę wspólną dla członków zespołu. Nie możemy wychodzić z założenia, że jak nie wie to dopyta. To nieefektywne, szkodliwe, złe. To tworzy kulturę rozproszeń, chodzenia od biurka do biurka w nieustającym rytuale dopytywania, ustalania, marudzenia jeden drugiemu. Programista powinien móc jak najdłużej pracować w skupieniu. Tylko tak tworzy się sprawnie dobrej jakości oprograowanie.

Opisuj taski. Opisuj je dobrze. Jeśli nie umiesz ich dobrze opisać, to może nie wiesz w ogóle co jest do zrobienia?